O SPEKTAKLU „MELTDOWN”. WYDECH. JESZCZE JEDEN WDECH DO PEŁNA. ZANURZENIE.
„Meltdown” w reżyserii Małgorzaty Lech to dokumentalny teatr oparty na faktach łączący prawdę matki i córki z zespołem Aspergera - prawdziwych bohaterek, z teatrem słowa i formy. Spektakl miał premierę we Wrocławiu podczas konkursu teatralnego OFF Polska. Scenariusz Małgorzaty Lech otrzymał główną nagrodę we wrocławskim Festiwalu Teatr na Faktach. Uważam, że w pełni zasłużenie.
Z opisu spektaklu na ulotce Ogólnopolskiego Festiwalu Teatralnego „Pociąg do Miasta. Edycja XII. Stacja Wspólnotowość” w skrócie wynikało, że opowiada on o wakacjach nad morzem matki i neuro atypowej córki oraz o ich trudnej relacji. Tytuł „Meltodwn” został określony jako wyraz nieprzetłumaczalny na polski i oznacza intensywną reakcję emocjonalną i behawioralną na silne bodźce przybierającą często formę zachowań nieakceptowalnych społecznie. Meltdown nie wydarza się w próżni lecz zawsze w relacyjności.
Relacyjność stała się kluczem do zrozumienia i przetranformowania spektaklu.
xxx
Długo szukamy miejsca żeby zaparkować, więc przychodzę na spektakl o godzinie rozpoczęcia. Siadam w narożniku widowni mieszczącej się w dziedzińcu jednej ze szkół na gdyńskich Leszczynkach. Jest kameralnie, nie słychać nawet dźwięków osiedlowej uliczki, pomimo tego czuć wieczorny chłód tak charakterystyczny dla miasta położonego na północy kraju, nad zimnym morzem. Nadciąga noc. Mdłe światło reflektorów przedziera się przez ostatnie promienie dziennego światła. Na scenie dwie miękkie, błyszczące maskotki wielkości człowieka i srebrna podłoga dla tancerzy. To cała scenografia. Maskotki to wielka jasna ryba i nieruchoma ośmiornica sprawiająca, że przeciętny człowiek natychmiast chce się przytulić, wejść z mięciutki i przytulny środek morskich stworów. Rozbrzmiewa doskonała muzyka autorstwa Kamila Malchara i wraz z nią ryba i ośmiornica zaczynają poruszać się, najpierw leniwie, potem coraz bardziej intensywnie aż widoczne stają się kończyny wystające z maskotkowych kształtów. Następnie wydobywają się z nich dwie kobiety – matka i córka. Akt wydobycia się na powierzchnię z głębokiego niebytu morskich odmętów czy tylko błyskotliwe intro ku zaciekawieniu widzów? Nie chcąc nadinterpetować stwierdzam, że zaciekawiło mnie. Wychylam się głębiej ku scenie, ku mającej rozpocząć się historii.
xxx
Ewę i Laurę, bohaterki spektaklu poznajemy w 1997 r, kiedy słowo „neuroróżnorodność” jeszcze nie powstało, osoby niepełnosprawne z którymi trudno sobie poradzić krępuje się pasami na oddziałach psychiatrycznych a zespół Aspergera jest diagnozowany u dorosłych. Dzieci w ujęciu medycznym zawsze wyrosną pomimo przeczuć matek, niedostosowania społecznego, późnego rozwoju poznawczego, reakcji nieadekwatnych do bodźców. W starych podręcznikach psychiatrii dzieci są zbyt małe, żeby je diagnozować a także, żeby im pomóc odpowiednią terapią.
Ewa zawsze czuła, że z maleńką Laurą coś jest inaczej. Wokół mówili „wyrośnie”, „wszystkie dzieci tak mają”, „to taki wiek”. Lekarze uspokajali. Rozwój fizyczny był prawidłowy. Laura o czasie podnosiła główkę, raczkowała, wstawała, chodziła, mówiła. Ale była jakaś „za bardzo”. Machała rączkami, bez jasno określonego schematu gubiła się, zwracała uwagę na mało istotne bodźce, przywiązywała się do rytuałów codzienności i niektórych rzeczy. Zauważała za dużo. Pachniała maleńkim, emocjonalnym dynamitem. Lont zawsze odpalony, gotowy do wybuchu. Nie w takim tonie powiedziane zdanie, za późna odpowiedź matki, niezadowalająca odpowiedź, krytyka. Za bardzo szczera, bezpośrednia, bezkompromisowa. Rolecoster emocji. Góra, dół. Euforia, złość, radość, smutek. To tak jakby ktoś przełączał co chwilę maszynę na inny tryb. Świat Laury jest czarno-biały.
Ewa jednak nie rezygnuje, walczy o córkę.
Retrospekcja. Ewa rodzi dziecko jako siedemnastolatka, przynosząc wstyd tradycyjnej rodzinie, a jakże. Tak tradycyjnej, że przemocowy ojciec i matka-alkoholiczka nie są w stanie poradzić sobie z tematem niepełnoletniej matki i w końcu znajdują najlepsze rozwiązanie problemu. Tak, wszystkiemu zaradzi tradycyjny, przymusowy polski ślub z dużą liczbą zaproszonych gości i porządne weselicho. Od wieków przecież wiadomo, że to nie dziecko ani miłość, ale właśnie ceremonia najlepiej spaja niedobrane pary i pomaga zrobić z młodych z nieplanowaną ciążą idealną rodzinę. Tak jednak nie dzieje się. Mąż porzuca Ewę po dwóch miesiącach małżeństwa. Porzuca ją po raz drugi, bo pierwszy raz porzucił na wieść o ciąży. Dziecko go przerasta, przeraża. Sam ma zachowania, które Ewa opisuje jako „dziwne”, których nie rozumie, nie umie jeszcze fachowo nazwać. Rodzina odrzuca samotną Ewę z maleńką córeczką.
Ewa zostaje z małą Laurą sama. Kiedy poznajemy bohaterki Laura ma 17 lat i zna swojego ojca tylko ze zdjęć. Laura ma nadnaturalną, fenomenalną pamięć do dat, liczb. Lubi grać na dziecięcej piszczałce wciąż tą samą melodię. Jest bardzo przywiązana do dziecięcych wspomnień związanych z piszczałką. Używa instrumentu często w nieadekwatnych momentach, jakby chciała rozproszyć powagę spektaklu. Zestawienie poważnych tematów poruszanych przez matkę z dziecięcym brzmieniem instrumentu nieodmiennie wywołuje wesołość publiczności. Ewa niewątpliwie ma poczucie humoru rozpraszające uwagę, ma dar przekierowywania wątków i zmieniania konwencji, nawet jeżeli nie robi tego intencjonalnie.
Teraz
Laura mieszka sama w mieszkaniu treningowym z dochodzącą asystentką nadal
potrzebując symbiotycznie matki-miłości, matki-obiektu, matki-parasola,
matki-piorunochronu, matki-zbiornika retencyjnego, matki-pamięci wszelkich wspomnień,
matki – karmicielki, matki – worka bokserskiego.
W
czasie rzeczywistym spektaklu Laura wyjechała z matką i jej partnerem na
wakacje nad morzem, a może to matka wyjechała ze swoim partnerem i z nią na
wakacje nad morzem? Miało być miło, słonecznie i morsko. Kąpiele w słonej
przezroczystości, przełamywanie fal i relaks dla wszystkich.
Było
jak zawsze, a może mocniej niż zawsze.
Jak w
przeciętnej rodzinie, gdzie zaszłości kumulują się w kompletnie nie tym miejscu
i czasie.
Czy istnieje lepszy czas na rozliczenie rodzinnej przeszłości niż beztroskie wakacje?
Rolecoster.
Góra. Dół. Euforia, złość, radość, smutek, zdziwienie, rozpacz, furia. Krzyk,
szept, foch. Gęsta, coraz gęstsza relacyjność. Coraz trudniejsza. Niechciana.
Meltdown.
Ewa jest u skraju wytrzymałości.
Idź na huśtawkę!
Jest za daleko.
To nic. Idź na huśtawkę.
Opowiedz
mi o moim ojcu.
Opowiedz mi o babci.
Ewa opowiada i potem razem z Laurą doświadczają wielokrotnie meltdown jako końca, który jest początkiem. Początkiem wielokrotnym i rozgałęzionym na poszczególne wątki. Meltdown, który prowadzi obie kobiety do długo próbowanego porozumienia, do kresu pewnej historii i początku nowej dla ich obu, do wolności.
Xxx
„Meltdown”
to spektakl zdecydowanie do słuchania. Mógłby rozgrywać się w radiu albo być
nadawany do słuchania na jednej z imprez silent disco. Publiczność mogłaby
poruszać się w rytmie falowania emocji w tym spektaklu, bo znajdziemy w nim
całą wielką dżunglę stanów emocjonalnych będących w spektrum neuroróżnorodności
osoby i jej opiekuna, ale także stanów właściwych ludziom w tzw. normie:
społecznej, emocjonalnej, poznawczej, którzy przez przypadek znaleźli się w
sytuacji granicznej. Spektakl daje nam, widzom do dyspozycji możliwość
empatycznego odbioru skrajnych emocji o dowolnym nasileniu i przetwarzania ich
w sobie do woli.
Skorzystamy
czy zamkniemy się na własną zbyt intensywną, zbyt szczerą reakcję wewnętrzną?
Może Ewa czy Laura okażą się nami czy tego chcemy czy nie?
Przeciętne istnienie obfituje w sytuacje graniczne, wobec których może pojawić się dowolna emocja, w zależności od tendencji, stanu, dyspozycji dnia i dnia wczorajszego. A one, bohaterki? Tylko to facylitują, zwiększają możliwości, pokazują drogi.
„Meltdown” jest teatrem nie tylko do „odsłuchu” i czucia, ale także do uważności. Tam żadne słowo czy gest nie są przypadkowe. To kontemplacyjne wejrzenie w głęboką relacyjność, mikrokoncert nakładających się na siebie drgań składających się na bolero egzystencjalnych pytań i odpowiedzi zapętlonych we wszystkich rejestrach emocjonalnych.
To
także pytanie o macierzyństwo, zwłaszcza trudne macierzyństwo. Jak daleko
posunięte są granice autonomii matki we współczesnym, oceniającym i nie rzadko
rozliczającym każde potknięcie społeczeństwie.
A co,
jeśli matka niepełnosprawnej córki stanie przysłowiowo na własnych nogach i
przestanie być wieczną beneficjentką wsparcia niewydolnego systemu pomocowego
wraz ze wszystkimi nieproszonymi radami, wątpliwej jakości datkami, ochłapami
współczucia i udawaną troską?
Co,
jeżeli taka matka odda swoje dziecko do systemu mieszkalnictwa wspomaganego z
asystentem i odważy się wyjechać do kochanka do Hiszpanii wcale nie po to, żeby
urządzać mu w kuchni prawdziwą, polską Wielkanoc z żurkiem i mazurkiem? I na
dodatek zabroni córce do siebie przez ten czas dzwonić do siebie, a po powrocie
wszystko opowie? O kochanku, o morzu, o cudnie spędzonym czasie i swoim
szczęściu, które miało czelność zaistnieć w jednorazowej, czystej formie?
A może jeszcze odważy się sięgnąć po więcej, i więcej? Po sukces zawodowy, materialny, niezależność życiową, regularne wyjazdy nie mówiąc dokąd i nikomu nie tłumacząc się?
Widzowie na spektaklu klaskali ze zrozumieniem, skorzy do współczucia i życzący szczęścia. A co na to tradycyjna rodzina, która odsunęła się i nie pomogła na czas? Co na to księża, społeczeństwo, sąsiedzi? Co byście napisali w internecie o takich decyzjach Wy, którzy nie oglądaliście tego spektaklu?
Media
przyzwyczaiły nas do narracji o Wigiliach i Wielkanocach dla osób bezdomnych i
samotnych (singli i matek też?), do nieograniczonych możliwości wypowiadania
się o matkach niepełnosprawnych dzieci, które odważyły się oddać pociechy do
ośrodka, a także – co bardziej akceptowalne społecznie - do widoku matek osób
niepełnosprawnych protestujących pod sejmem, w sejmie, gdzie przez wiele dni
nikt nie reagował i nie było nawet gdzie umyć dzieci. Tych tysięcy matek z
dziećmi niepełnosprawnymi, śliniących się na wózkach inwalidzkich (przynajmniej
wiadomo, że niepełnosprawny), źle zachowujących się w przestrzeni publicznej,
zaczepiającymi ludzi w autobusie, zadającymi za głośno zbyt prywatne pytania,
sprawiającymi problemy w mieszkaniu i w szkole (wiadomo, matka nie wychowała),
dzieci głośno wyjących i krzyczących, niedostosowanych, wolno uczących się.
Matek symbiotycznie związanych z dziećmi, które poświęciły dla nich nie tylko swoje szczęście i karierę, ale nierzadko zdrowie, związek, pracę, wszelkie wygody, a nawet takie potrzeby jak sen, odpoczynek i normalne pory posiłków.
To
jest po polsku jasne, że matka musi poświęcić się aż do odarcia z
człowieczeństwa. Bo jest matką. To zrozumiałe i w pełni akceptowalne w takim
kraju jak Polska. I niech nie odważy się skarżyć komukolwiek. Bo przecież przy
odrobinie organizacji można wszystko ze wszystkim połączyć, co, nie? Nie umie?
To niezaradna życiowo i nie dziwota, że stary od niej odszedł. Sama tego
chciała rodząc takie dziecko, co, nie? A może to…, kara boska za grzechy. Ciii.
Módl się córko.
Choć o religii w spektaklu ani mru mru. I całe szczęście.
I tak nasz ciemnogrodowy kołowrotek toczy się popychany przez smutnych, podstarzałych facetów w czerni. Najczęściej ubranych w garnitury i w sukienki.
Xxx
Brawo
dla aktorek, które przez godzinę ani na moment nie rozproszyły uwagi widzów
niosąc i transformując temat podczas licznych retrospekcji i teraźniejszości we
wszystkich wymiarach. Brawo za poruszenie tematu, o którym się nie mówi, bo nie
jest w modzie. Nie jest ani o wojnie, ani o problematyce LGBT, ani o sytuacji
ekologicznej, ani o geopolityce z wielmożnymi tego świata w rolach głównych.
Jest za to o problemach społecznie niewidocznych służac za szkło powiększające.
O ludziach często pomijanych, ignorowanych, uciszanych - zwłaszcza jeżeli tymi
ludźmi są kobiety mające córki.
Aktorki
przeniosły na scenę historię prawdziwych bohaterek tej historii, które pod
koniec spektaklu pojawiły się na ekranie. Udało się zagrać trudny temat bez
niepotrzebnego patosu i zadęcia, który narzucałby widowni powagę i nakazywałby
jedynie słuszną reakcję na problem. W spektaklu poważne przeplata się ze
śmiesznym, trudne z ironicznym, deficyty ustępują miejsca możliwościom i zastosowana konwencja nie zdejmuje ciężaru
gatunkowego opowiedzianej historii. Bo spektakl nie miał za zadanie postawić
widza w niekomfortowej sytuacji, wciągnąć go w wir niekończących się bolesnych
doświadczeń, zmiażdżyć go powagą tematu. Nie powziął sobie za cel także
nachalnej edukacji ani przekonywania do usilnej miłości dla zachowań osób
neuroróżnorodnych.
Reżyserka
z lekkością i wyczuciem przedstawiła pewien ważny wycinek mniej znanego świata
w różnych jego odsłonach i aspektach nie atakując widzów. To, co odbiorca czuje
jako lekkość i płynność spektaklu wymaga niemałego kunsztu aktorskiego. Obie
aktorki trzymały zainteresowanie widza w gęstym, pełnym zwrotów akcji
scenariuszu nie odpuszczając ani na chwilę.
Zasługuje
na uwagę także fakt, że do przedstawienia historii wykorzystały własną
osobowość i charakterystyczne cechy nie próbując wiernie kopiować zachowań
wynikających z temperamentów autentycznych bohaterek. Przez to spektakl jeszcze
bardziej zyskał na naturalności.
Brawo reżyserka.
xxx
Wracając,
myślę o wodzie, gęstej i ciemnej albo płytkiej i połyskującej słońcem w pogodne
dni. Myślę o warstwach wody o różnej gęstości i temperaturze w miarę zanurzania
się.
Przypatruję się tej głębi. Temu co ukryte, niedoświadome, niedopowiedziane. Morze to symboliczny obszar przeżytego „pod spodem”, gdzie obraz nie zaistnieje bez specjalistycznych narzędzi badawczych, bez specjalnego kombinezonu, łodzi podwodnej, szklanego oka i naukowych podstaw, żeby to wszystko na dodatek zrozumieć. Pod srebrzystą taflą pofalowanej wody widać światło załamywane przez prawa fizyki. To, co jest głębiej znad powierzchni wydaje się płytsze. Obrazy oglądane z nad tafli wody są przesunięte w płynnej przestrzeni, choć naprawdę tworzą jej kontynuację. Po dłoni włożonej do chłodnej wody przebiega pofałdowane światło dna morza. Ciało zanurzone w wodzie traci ciężar i jest poddane falowaniu, złudzeniom i snom morza. O czym śni morze, kiedy zanurza nas w swoje rozproszone ciało?
Schodząc
jeszcze głębiej natrafiamy na wodorosty, czasem lekkie i porwane przez fale, a
czasem ciemne i poplątane, o ogromnych liściach rzucających cienie, o łodygach
niczym namorzynowy las. Ich grube pnie i ogromne liście zasłaniają światło.
Płyniemy przez ciemny i gęsty las wodorostów. Pojawia się strach, niepewność,
ale i fascynacja.
Im
głębiej, tym woda staje się gęstsza a ciśnienie wzrasta. Jest ciemno, coraz
ciemniej i tylko wskaźniki podwodniaka mówią nam, na jakiej wysokości słupa
wody znajduje się łódź. Poniżej pewnej głębokości zwykła łódź podwodna nie
zanurzy się, bo to oznaczałoby skurczenie materii, rozsypanie jej w pył. To tam
żyją te dziwne, straszne organizmy nazwane głębinowymi rybami. Głębinowe
ukwiały same wytwarzają tlen, a ślepe ryby zamieniają się w żywe latarnie. Ta
mikrosfera może budzić lęk przed innością, pewną niewygodę, chęć jej
opuszczenia i powrotu do normalności, do znanego nam świata długich, jasnych dni
pełnych powietrza z widokiem na iskrzące się morze.
Normalsi chcą zajrzeć do inności, ale nie przebywać tam przez dłuższy czas. Normalsi cudzą ciemność traktują jak zagrożenie dla własnej jasnej przestrzeni, dla daleko rozciągających się łąk pełnych spokojnie pasącego się bydła, dla lesistych pagórków, z których odfruwają kolorowe ptaki. Neurony lustrzane u ludzi uruchamiają się kiedy dana emocja jest znana, nie jest zbyt abstrakcyjna czy za silna. Kiedy coś jest do nas podobne w sposób możliwy do ogarnięcia, do przytulenia i to coś szybko uspakaja się w naszych objęciach.
Morze.
Ocean. Jezioro. Całe warstwy falujących znaczeń. Przypływ. Odpływ. Wdech.
Wydech. Jeszcze jeden wdech do pełna. Zanurzenie.
Joanna Janus
Komentarze
Prześlij komentarz