"Royberki” – Lena Witkowska znowu „z buta wjeżdża” i ma w tym wsparcie

    Jak co roku, z upragnieniem czekam na to jedno konkretne wydarzenie. Na jedną konkretną podróż. Tym jednym, określonym pociągiem, który właściwie chyba nigdy nie przejawiał opóźnień, w przeciwieństwie do PKP… No i się doczekałem – festiwal „Pociąg do miasta” wreszcie zajechał w różne zakamarki Gdyni. Ale w tym przypadku, zaszczyt zostania maszynistą teatralnego skłądu przypadł… no właśnie – o tym w następnych akapitach. 

    Pamiętając zakończenie zeszłorocznej edycji – czyli właśnie Lenę Witkowską, wraz z projektem muzycznym „Rejs” – skojarzyło mi się jednoznacznie z tym, że oto wspomniana właściwie przykopała „z partyzanta” w metaforyczny mur, oddzielający lata w czasoprzestrzeni, przebijając się z impetem do współczesności z czymś nowym i niezwykłym. Pod wpływem takiego skojarzenia, nie omieszkałem zaproponować jej, żeby przejęła określenie „z buta wjeżdża” jako swoje hasło reklamowe bądź inną dewizę. 

    Po tych dygresjach, pora zająć się wreszcie porządnie samym spektaklem. „Royberki” jest właściwie bardziej czymś z pogranicza performance’u, gdzie przekaz nie był w żaden sposób zagmatwany czy „ąwągąrdowy” (błędy jak najbardziej celowe – nie przepadam za pewnymi odłamami sztuki współczesnej, zwłaszcza co bardziej wydumanymi czy zwykłym przerostem formy nad treścią) – wręcz przeciwnie: było stosunkowo jasno, dobitnie, nierzadko bez ogródek czy owijania w bawełnę. Przekaz miał być konkretny: ukazać jak współczesny człowiek jest wykorzystywany przez pracodawców oraz jak potrafimy być opuszczani przez państwo jako obywatele, kiedy zostajemy uznani za niepotrzebnych lub bezwartościowych. Możliwe, że patrzę szerzej niż to, co było prezentowane na bazie przykładów sytuacji, z jakimi mierzą się współcześnie głównie kobiety. Odczytałem całość właśnie jako nawoływanie do zobaczenia, że jesteśmy traktowani jak jesteśmy, niezależnie od płci czy wieku – i że właśnie przez to wskazane byłoby się jednoczyć oddolnie. Żeby zobaczyć, że nie jesteśmy sami ze swoimi problemami czy przeżyciami albo pragnieniem zmian. 

    Kolejna rzecz, jaką chcę koniecznie zauważyć, a która ma związek z dalszymi refleksjami: nie patrzę przyjaźnie na odmiany feminizmu, które wykrzykują puste frazesy, używają hasełek pokroju „#kill_all_men” oraz pozostałych radykalizmów i głupio-mądrości, jakie przejawiają się w tamtych kręgach. Chociaż, tak po prawdzie, nie jestem zwolennikiem takich zachowań generalnie, niezależnie od idei, w jakiej się przejawiają – ot, „pożyteczni idioci”, których powinno się odsuwać od głosu, kiedy spełnią swoje zadanie, ale zagrożą dalszemu kierunkowaniu koncepcji zgodnie z wizją. W przypadku „Royberek” również jestem pełen zachwytu, że ich przekaz jest podany mądrze i posiada konkretną treść. Nie jest po prostu „sztuką dla sztuki”. Dąży faktycznie do spajania ludzi, do łączenia się w grupy. A najważniejsze, moim zdaniem: daje jakąś nadzieję. Jaką dokładnie? Trudno jeszcze powiedzieć. Ale czuję w sobie, że jakieś ziarno zostało zasiane. Zwłaszcza, że niemal od zawsze miałem w sobie coś z buntownika i kontestatora. 

    Podsumowując całość zwięźlej – przejmujący tematyką; obfitujący w stosunkowo łatwo zrozumiałe elementy symboliczne; trafiający do głębi w chyba każdego oglądającego; dający nadzieję. 

    Oklaski na stojąco były jak najbardziej zasłużone...



Kacper "Katz" Jędrzejczak




𝗥𝗢𝗬𝗕𝗘𝗥𝗞𝗜
Reżyseria, tekst: Lena Witkowska
Obsada, muzyka: Marika Bocewicz, Marta Wołczecka, Weronika Siwicka, 
Joanna Bielawska, Lena Witkowska
Video: Filip Jędrzejczak
TEATR ÓSMEGO DNIA / POZNAŃ 

fot. Anna Rezulak

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

SKRAWKI MIEJSKIE – ANATOMIA ZDARZEŃ. KIESZENIE PEŁNE WSPOMNIEŃ

Anatomia zdarzeń. Kieszenie pełne wspomnień

MyLove – spektakularna podróż w istotę tożsamości płciowej