Pociąg do miasta edycja XII - Wspólnotowość 2026r.
Podróż „Pociągiem do Miasta” pod hasłem „Wspólnotowość” dała nam wiele do myślenia podczas XII edycji ogólnopolskiego festiwalu Teatru Gdynia Główna. To wyjątkowa podróż nie tylko w głąb 100-letniego miasta jakim jest Gdynia, ale także w samych siebie. Czy jeszcze tkwią w nas zakorzenione przez naszych przodków idee i pragnienia o lepszym jutrze i codziennym komforcie życia? Czy zostało jeszcze coś ze starej wspólnoty ludzi patrzących w tym samym kierunku: rozwoju i budowy lepszej przyszłości? Takie i inne pytania zadawaliśmy sobie podczas warsztatów teatralnych „uważnej/uważnego widzki/widza”, które były dobrem dodanym do gdyńskiego festiwalu. W końcu mogliśmy w kameralnym i sfokusowanym na jednym celu gronie, rozłożyć na czynniki pierwsze poszczególne spektakle i grę aktorską. Nie obyło się bez żywej wymiany zdań i różnic, ale czy nie jest właściwym mieć inne poglądy? To przecież zdrowe i konieczne w relacjach, grupach i wspólnotach, jeśli tylko prowadzi do konsensusu. Cała trasa zaczęła się wjazdem na offowe podwórko (starego mechanika) niczym „rozpędzony TIR na długich światłach, na czwartym pasie autostrady”. To idealne określenie samej reżyserki „Royberek”. Znana już dobrze gdyńskiej publiczności Lena Witkowska tworzy kolektyw walczących kobiet o prawa pracy, godnych zarobków oraz właściwego traktowania pracowników. Jakże to wiecznie aktualny temat, mobbing, wyszydzanie, wykorzystywanie nadrzędności stanowiska, przemoc fizyczna, czy po prostu żenujące wynagrodzenie. Cały występ siedzimy mocno wciśnięci w krzesła, czekając co jeszcze można wykrzyczeć głośniej i dosadniej. Porywani co chwilę żywiołową grą aktorską i sprzężeni z muzycznym show. Bardzo lubię tą melodyjność językową i poznańską gwarę, przecież to dziewczyny rojberki, czyli małe łobuzy walczące o swoje. To współczesne Rozbójniczki (bez spódniczki), które bynajmniej nie idą na „szagę”, patrzą wprost i dają wiarę „wiarze”, że to lepsze jutro nadejdzie, bo takie jak one nie przechodzą „wypalenia zawodowego” co podkreślają swoją postawą oraz zaangażowaniem w środowisko Rozbratu i ruchów społecznych.
Nasz pociąg totalnie wyhamował, ten stan zna każdy z nas, który podróżuje tym środkiem lokomocji. Stoimy totalnie w krzakach, to nawet nie jest stacja. Tylko, że ten realny skład prędzej, czy później ruszy do przodu, a tu „Houston, mamy problem!”. Ten etap jest trudny, niewygodny dla wielu, to tak jakby zacząć historię od czubka wulkanu i turlać się w dół wraz z gorącą lawą. Nikt pozornie tego nie rozumie, bo po co? Tu nie ma klucza dobrych odpowiedzi, tu wszystko jest wręcz indywidualne. Mamy niby idyllę wakacji nad morzem, ale tak naprawdę to kłębek poplątanych emocji, nad którymi trudno zapanować. To samotna walka o relację matka – córka neuro atypowa wraz z próbą wyjścia z impasu. Czy jedynym wyzwoleniem z tej sytuacji jest śmierć? Czy najłatwiej pozbyć się problemu przez eliminację? A może to chory jest najbardziej system, w którym tkwimy wszyscy? Czy jedyną radością dojrzałej kobiety, pogrążonej w bólu wychowywania niepełnosprawnego dziecka, odrzuconej przez rodzinę i męża, jest podanie ręki obcego mężczyzny? Ewidentnie nasze Państwo kuleje, stygmatyzuje odmienność, nie rozumie i nie przyswaja innych, jego zdaniem gorszych zachowań. A może to wszystko jest jak zły sen, a „chore” dziecko wyśpiewa im „SI” ZAZ - „silny świat...zbudujemy na popiołach, krok po kroku, okruszek po okruszku, kropla po kropli i z sercem obok serca”.
Pociąg mozolnie rusza z miejsca. Mamy historię przyszłych i niedoszłych, jak na tą chwilę – ojców. Zrodzeni synowie wydostają się z kokonów przeszłości ukazując swoje „wojskowe” oblicze. Każdy z nich manifestuje swoją osobowość, widać, że są otwarci na tacierzyństwo, ale coś ich jednak powstrzymuje. To widz ma określić, czym jest ta rzecz lub stan, którego boją się podjąć. Teoretycznie są bardzo przygotowani, ćwiczą chwyty, wiedzą jak obsłużyć takiego małego człowieka, potrafią odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących postępowania z dzieckiem w każdym wieku. Są chwile spontanicznej radości, ale w nich samych tkwi jakiś rodzaj wycofania. Robią wrażenie, jakby się czegoś obawiali. Potencjalni ojcowie są wysportowani, elokwentni, zabawni, a jednak obawiają się „podróży” w nieznane. Znajomi informują ich, że życie po narodzinach dziecka diametralnie się zmienia. Jednak oni nie tych zmian się boją najbardziej. Są szarpani wewnętrznie pytaniami, a co jak nie dam rady? Jak ponieść odpowiedzialność za dziecko, jak zapewnić ciągły poziom i godziwy byt? Jak poradzić sobie z postępem technologicznym? Co w sytuacji kryzysu geopolitycznego? Jednak, czy któryś z nich zadał sobie pytanie, co jak urodzi mi się chore dziecko?
Po ojcowskim performansie dojechaliśmy do solowej pantonimy Wojciecha Furmana. My, jako widzowie stanowiliśmy wspólnotę dla mężczyzny, który mierzy się z osobistą stratą. Początkowo tańczy przed nami, jakby wykonywał breakdance, w miarę jak zdejmuje z siebie kolejne warstwy ubrań odczuwamy Jego powolne wyzwalanie się z sideł własnych ograniczeń fizycznych i emocjonalnych. Rzadko wtrącane monologi tylko utwierdzają nas w Jego wewnętrznej rozterce i tęsknocie. To mono akty obrazujące walkę z osamotnieniem w wyniku straty i choroby bliskich osób, to próba przedstawienia więzi, jakie tworzył z kobietą życia i własną matką. Jednak spektakl nie artykułuje potrzeb i strat, on uwalnia się obrazem. Taniec, a raczej gimnastyka performatywna to język tego przedstawienia. Niejednokrotnie zastanawiamy się, co jeszcze zrobi aktor, czy będzie miał jeszcze tyle siły, żeby zrobić kolejny, spektakularny obrót ciała. Sztuka pozostawia wiele wątpliwości, jest otwarta na interpretację, nie wyraża konkretu i może dzięki temu stanowi odrębną wartość. Ruch ciała, jego nieprzewidywalna miękkość i gibkość to uniwersalny język dla widza. Kilka dni walki różnych wspólnot w szczytnych celach przyćmiło nadrzędną wartość bytu, jaką jest zasób wody. Spektaklem „Aqua Sapiens” wręcz cudownym trafem wjechaliśmy wprost do sanatorium. Tam retro kuracjusze wraz z quasi rybami korzystają z jego dóbr zabawiając się na całego. Scenografia, oświetlenie, artefakty i cały ruch sceniczny obrazuje życie w tej ostoi przetrwania. W tle, w roli narratora Wielka Siostra co rusz informuje nas, gdzie jesteśmy i kto ma prawo pobytu, niczym skierowanie z NFZ-u. Tylko, czy Homo Sapiens są uważni i mają świadomość, że ich zabawa wkrótce może się skończyć, bo źródło po prostu wyschnie. Czy wołanie o „więcej” nie przysporzy problemów naturze? Nie przyczyni się do zagłady cywilizacji wraz z wyeliminowaniem wszelkiego życia? Czy wspólnota jest zawsze dobrem? Korzystanie ponad miarę może być egoistyczne i prowadzić do zagłady. Tak podstawowy temat, jak zasób wody i nieograniczony dostęp do niej został zabawnie i zarazem tragicznie przedstawiony w tym przedstawieniu. Reżyserzy w ten sposób mocno zasygnalizowali globalny problem niedoborów na Ziemi i konieczność podjęcia działań oraz obudzenia wyobraźni w kierunku ocalenia tych zasobów, które mamy.
Daleka już podróż za nami i jak w każdej drodze ważniejsza od celu jest samo podróżowanie. Jednak nie zawsze wystarcza zwykły bufet w pociągu, tym razem cały skład wjechał „po coś” do Żabki. To już prawie trzy dekady tego niedzielnego sklepiku, deski ratunkowej wszelkich niezrobionych i zapomnianych zakupów. To tam tak chętnie kupujemy przysłowiowego hot-doga, czy tzw.małpkę z Żabki. To los Pracownika i Ajenta uwikłanych w schemat dostaw i obsługę klientów. Ich marzenia o zupełnie innym życiu, czasami niedoścignione wzorce innych ludzi. To historia o szarej rzeczywistości pracowników franczyzowego niby sklepu, którzy jednak doceniają sytuację, w której pracują i żyją. Ida (pracownica sklepu) mówi „zawsze można mieć gorzej, inni tego nie mają...” Ale czy na pewno musimy skazywać się na przeciętność i bylejakość życia? Czy nie jesteśmy godni czegoś więcej, niż tylko taplać się jak ten obślizgły płaz w błocie? To my sami zgadzamy się na to co mamy, więc może dzięki ludziom z „Frogshopa” przejrzymy na oczy i uwolnimy swoje pragnienia o lepszym życiu?
Nasz pociąg zatoczył koło, mam wrażenie, że wróciliśmy z dalekiej podróży, żeby zmierzyć się z tym, czego się boimy. Nikt nie wie, „Kto zabił w Konitzville”, ale każdy widzi problem społeczny. Niby jesteśmy wspólnotą, każdy chce mieć udane życie, a jednak komplikuje je najbardziej jak może. Pojawia się chęć zemsty i odwetu bez uzasadnienia, bo zazdrość i zawiść to uczucia silniejsze i wygodniejsze, niż zdrowy rozsądek. Ile razy negowaliśmy kogoś uważając, że ma lepiej w życiu niż my sami? A może nie umiemy odnaleźć naszych pozytywnych cech i tkwimy w błędnym przekonaniu swojej porażki? Nie skupiajmy się na ocenie innych, a twórzmy zdrowe relacje. Nie ma znaczenia „kto zabił?”, sensem jest poznać proces dochodzenia do zbrodni. Co takiego powoduje nasze zwierzęce odruchy? Jak eliminujemy ze wspólnoty ludzi, którzy są nam niewygodni? Hodując w sobie „przegrywa” nie wychodzimy ze strefy komfortu, jesteśmy bierni i reaktywni. Zmieńmy to, a nie będziemy musieli ustalać, kto zabił?! Nie będzie ofiary i kata, będzie po prostu lepszy Świat!
Iwona Jasiewicz
Komentarze
Prześlij komentarz