„Meltdown” – czyli jak zaskoczyć widza nie do końca pasującym tytułem

 

„W głąb z ramion zeszła chyba dusza, nie dzieje się nic, nie porusza. W głowie spamy językowe, bezpiecznik strzelił w układzie nerwowym mym. (...)”

 - LONT, „Odmiana”



    Początkowo, zabierając się do pisania niniejszej recenzji, chciałem silić się na analizy językowe i ciut przesadny wywód na temat zjawiska. Później przypomniałem sobie o istnieniu piosenki pewnego starego malborskiego zespołu, który zamieściłem powyżej. Jak to mawiają anglojęzyczni, „KISS: Keep It Simple, Stupid”. Ostatni wers chyba najlepiej oddaje sens określenia „meltdown” – zabezpieczenia i ograniczenia w człowieku „strzelają”, a potem pojawia się trudna do powstrzymania furia. Czy było tak i w przypadku tego, co zobaczyliśmy na scenie? Zobaczmy... 

    Otrzymaliśmy niezwykle ciekawe przedstawienie relacji matki ze swoją nietypową córką, Laurą. Czemu właściwie nietypową? Cóż, dziewczyna miała zdiagnozowane spektrum autyzmu. W każdym razie – zaczynamy opowieść od uświadomienia sobie przez matkę faktu, że wchodzi w okres przekwitania, a poza Laurą nie ma żadnych innych dzieci. Ta myśl wydaje się być ziarnem, z którego zaczęła kiełkować sytuacja prowadząca do tytułowego agresywnego załamania. Specyficzne zachowania i intensywność córki również nie pomagała w uspokojeniu się. W końcu dochodzi do wybuchu ze strony matki, która przez lata opiekowania się córką, była w jakiś sposób stłamszona i zaniedbywana, również przez siebie samą. Czy to załamanie doprowadziło do tragedii? Zobaczmy dalej... 

    Mając pośród znajomych ludzi neuroatypowych, może nawet samemu mając skłonności ku takiemu rodzajowi percepcji (tutaj nie będę konfabulował i nawijał makaronu na uszy – od diagnozowania takich rzeczy są specjaliści), wyłapywałem charakterystyczne cechy ludzi autystycznych oraz nawet nauczyłem się kilku nowych, które są raczej w głębszych wariantach: brak „filtrów” i bezpośredniość w komunikacji; zwiększone potrzeby sensoryczne – co było właściwie świetnie wykorzystane w związku z ogromnym, pluszowym wielorybem i meduzą lub ośmiornicą, o miękkiej fakturze i z możliwością schowania się wewnątrz; zwiększony potencjał intelektualny, a tym samym – czasem i skłonności do potencjalnie manipulatywnych zachowań (przy czym zaznaczam, że tutaj nie wolno generalizować – nie róbmy z autystyków osób antyspołecznych); a także skłonności do niezwykle rzadkich, bądź kuriozalnych pasji, gdzie człowiek autystyczny potrafi stać się czasami wręcz ekspertem. Za tak dobre przygotowanie się do roli – chapeau bas dla pani Karoliny Lichocińskiej. 

    W każdym razie – co się wydarzyło między dwiema bohaterkami opowieści o „pękających bezpiecznikach”? Były na wspólnym wyjeździe, matka miała serdecznie dość nagabywań i zachowań córki, straciła cierpliwość i na nią naskoczyła. Nie do końca w związku z tą sytuacją – powodem dla Laury było to, że „myślała o tym, że śmierć na morzu byłaby czymś pięknym” – doszło do nie do końca planowanej próby samobójczej. Następne sceny, jak rozumiałem, miały miejsce już po opanowaniu sytuacji. I tutaj nastąpił poruszający zwrot, którego bym się trochę nie spodziewał, a trochę jednak tak – nastąpiło po prostu ocieplenie relacji, jak i pewne kompromisy ze strony córki. 

    Tak więc tytuł „Meltdown” był pod pewnymi względami podwójnego znaczenia: z jednej strony furia i gniew, z drugiej zaś – stopienie lodu i chłodu, pokrywających czasem tą relację i wspólne dążenie Laury i Matki do trzymania się razem na lepszych zasadach niż te, które między wierszami ustaliły między sobą lata temu. Była to niezwykła opowieść o zmaganiach dorosłej kobiety z trudnym w wychowaniu dzieckiem, poniekąd odrzuconej przez własną, przemocową rodzinę, jak i opuszczona przez ojca dziecka. Parafrazując słowa Laury, „miała siebie, ją i psa”. W epilogu całej opowieści okazało się, że to już wystarczyło, żeby stworzyć małą i jednak zwartą wspólnotę, jak i po prostu rodzinę. 

    Jeżeli kogoś oglądającego ten spektakl wraz ze mną zdziwiło, że nie zająknąłem się ani słowem o fakcie, że całość została oparta o doświadczenia i postaci istniejących kobiet, stając się właściwie fabularyzowanym dokumentem w teatralnej formie – cóż, nie szkodzi. Prawda, jest to historia oparta o żyjących ludzi. Tylko jakie w tym znaczenie, skoro rolą teatru od wieków było naśladowanie rzeczywistości oraz pokazywanie jej czasem w nieco innych barwach, żeby po prostu skłonić nas, oglądających, do refleksji. Czasem i do otarcia łezki. 

    Piękna historia. Obejrzałbym jeszcze raz, ale wziąłbym na to wcześniej wspomnianych neuroatypowych znajomych.
 
Kacper "Katz" Jędrzejczak



𝗠𝗘𝗟𝗧𝗗𝗢𝗪𝗡
Reżyseria, tekst: Małgorzata Lech
Obsada: Katarzyna Kopczyk, Karolina Lichocińska oraz Natalia i Agnieszka (video) 
Choreografia: Iga Załęczna
Scenografia: Kamila Lech 
Muzyka: Kamil Malchar
ROBIMY RUCH / KRAKÓW 

fot. Anna Rezulak

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recenzja spektaklu „The chairs" reż. Joanna Wolańska, 9 sierpnia 2025.

The Chairs – krzesła, na których wszystko jest w sam raz

SKRAWKI MIEJSKIE – ANATOMIA ZDARZEŃ. KIESZENIE PEŁNE WSPOMNIEŃ