„ Jestem smutny, wchodzisz w to? „
Z lekka tajemniczy i trącający niepewnością, tytuł spektaklu z czwartego dnia XII edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Pociąg do Miasta – „Love and Death, Sex and Illness „ reżyser i choreograf w jednym, Wojciech Furman zaproponował własną opowieść w formie teatru fizycznego, w którym ciało aktora jest głównym narzędziem wyrazu a dokładniej każdy ruch, mimika, gest czy akrobatyka tańca, służą do przekazywania emocji i komunikacji z publicznością. Wariant tego rodzaju sztuki korzeniami sięga pantomimy.
Zajęta przygotowaniami kameralnej, jak i twórczej przestrzeni pod warsztaty recenzenckie z trenowania uważności, moje uszy wyłapywały co pewien czas przyjemne wątki muzyczne czy też pojedyncze kwestie ze scenariusza. Nie chciałam zbytnio podglądać prób do spektaklu, by nie umniejszać sobie późniejszej mocy odbioru, chwil zaskoczenia czy spontanicznego ścisku w gardle, jeśli pojawią się przebłyski wzruszeń.
Nie ukrywam ...miałam znaczne obawy przed tematyką, gdyż sama mierzę się od 3 lat z największą stratą w dotychczasowym życiu... Mimo, iż żyła ponad 90 lat, wydawać by się mogło, że powinnam zdążyć nacieszyć się ową relacją „za wszystkie czasy" albo wręcz przewrotnie – właśnie dlatego tym trudniej było mi Ją pożegnać. Mama - najlepszy i najprawdziwszy Przyjaciel życia. Totalnie aktywna relacja, podparta ogromem wspólnych pasji, jak : piękne stroje, śpiew i muzyka, obcowanie z ptakami i kwiatami, bytując razem w wolnej naturze. Widziałam jak gaśnie – osoba tak pełna życia, z szerokim uśmiechem i otwartym sercem na ludzi wokół Niej. Tęsknię...
Wojciech opowiadał nam o własnym smutku i bólu utraty, którym miał chęć oraz potrzebę podzielenia się – niekoniecznie oczekując pocieszania czy otulających słów. Zapraszał „do siebie", do uczestniczenia w tym z nim, wspólnie. Bez namysłu, choć chyba nawet nie miałam na to za dużego wpływu – prawie od samego początku weszłam doń z własną historią i zadomowiłam się tam już do końca.
Świetna forma i gibkość artysty, pozwalały na wiele wymownych rozdziałów jego przekazu. Słyszenie jego oddechów, sapania czy pojękiwania – wzmagało współodczuwanie natężenia jego sentymentalizmu i poziomu trudności walki z przeciwnościami losu. Nieskomplikowana lecz wymowna scenografia, idealnie wpasowała się w atmosferę intymności aktora z widzami.
W moim przekonaniu każdorazowe zagranie tego spektaklu, zda się jakby unosić go w zwiewność – powodować coś w rodzaju oczyszczenia na końcu, doczepi mu skrzydła delikatności i eteryczności, dzięki którym wiem, że w odpowiedniej dla niego granicy czasowej opowie swoim tańcem i minimalistycznym słowem, kolejną opowieść ale już nie o smutku.

Komentarze
Prześlij komentarz