„Frogshop”. Kiedy konsumpcjonizm przyjmuje groteskowe formy.
Pierwsze, co ciśnie mi się wśród myśli na temat „Frogshop”? Absolutny banger. Kolejne z
przedstawień, które dołączyły do mojego osobistego grona ulubionych. Już teraz śmiem powiedzieć,
że chętnie zobaczyłbym to jeszcze raz, jeśli będzie ku temu okazja. Ale, ale… zanim rozpędzę się z
peanami, wskazane byłoby powiedzieć dokładniej, dlaczego.
„Frogshop” to porywający spektakl, będący zręczną mieszanką satyry i groteski o
agresywnym modelu biznesowym znanej sieci małych sklepów spożywczych, który okazał się mieć
masywny wpływ na życie wielu Polaków, w tym moje własne. Porusza również narastający problem,
gdzie naturalna konkurencja i lokalni handlarze stopniowo zmuszeni bywają zamknąć swoje biznesy,
które prowadzili od lat, ze względu na niemożność utrzymania tempa za nowym graczem w okolicy,
który ma choćby lepsze zaplecze dostawców i generalnie jest wspierany przez korporacyjnego
molocha, co jak co. Podobnie, zwraca również uwagę na to, jak ludzie na najniższych stanowiskach
bywają wręcz eksploatowani i traktowani jak meble czy sklepowe półki, niezależnie od tego czy jest
to kasjerka, czy ajent dany prowadzący sklep. Element ten był nakreślony wyjątkowo dobitnie w
scenie „szkolenia dla franczyzobiorców”, gdzie ocierał się momentami o nieprzyzwoitość, w moim
odczuciu. Nie zmienia to faktu, że nie dało się bardziej pokazać jak ludzie w takiej korporacji są – za
przeproszeniem – dymani bez mydła.
Nawiązując jeszcze do scen szkolenia pracowników, to nie powiem, ale czułem się w jakiś
sposób indoktrynowany. Autentycznie – złapałem się na myśli w stylu „ciekawe czy ten spektakl nie
jest przypadkiem sponsorowany przez sieć z płazem w nazwie”. Co jak co, trzeba oddać twórcom
„Frogshop”, że są naprawdę dobrymi obserwatorami i potrafią oddawać elementy rzeczywistości w
wyjątkowo upiornej skali, nie zapominając o przepuszczeniu tego przez swój zestaw krzywych
zwierciadeł. Chapeau bas, drodzy państwo, chapeau bas.
Kluczowa rzecz, o której prawie bym zapomniał – gdzie było w całości o wspólnocie? Otóż,
wystarczy sam fakt, że Ida-kasjerka i jej szef jadą na jednym wózku, są tak samo wykorzystywani
przez system swojego miejsca pracy czy równie pogardzani czy traktowani jak służący przez klientów
sklepu, w którym pracują. Widać było, że nawet jeśli nie zawsze się zgadzali ze sobą i nie zawsze
przepadają za swoim towarzystwem, to starają się być wobec siebie ludzcy, mimo wszystko. A to już
mocna podstawa do tworzenia wspólnoty, ujrzeć człowieka w drugim człowieku i wspierać go z tego
powodu, zamiast próbować go zgnoić, bo komuś jest źle.
Czy do czegoś mógłbym się przyczepić? Trudno powiedzieć. Mógłbym marudzić, że żart o
paczce chipsów i biletach do Japonii nie do końca użył swojego potencjału do rozbawienia publiki,
bo można by zamienić bilety na prawo jazdy, ale nie róbmy sobie jaj – przekaz spektaklu jest mocny,
jasny dla wielu ludzi i właściwie jest powiewem otrzeźwienia dla rozpędzonych codziennością
umysłów. Na pewno dyskutowałbym nieco z wplecionym argumentem typu „inni mają gorzej”, kiedy
przychodzi do częstego i stereotypowego zjawiska wśród Polaków – czyli narzekania na swój los i
jak jest. Mam na myśli to, że zgodziłbym się z tym, że szanse na urodzenie się w Polsce, mając w
dorosłym życiu dach nad głową, legalną pracę (nawet jeśli do bani), nie głodując ani nie biedując –
w skali globalnej takie prawdopodobieństwo to lepiej niż wygrana w Totka, niewątpliwie. A
częściowo nie zgodzę się z tym głównie dlatego, że miałem okazję doświadczyć różnych miejsc
pracy, być przeżuty i wypluty przez system państwa jako tymczasowo bezrobotny; zdarzało mi się
czasami głodować mimo pracy oraz miałem garść innych doświadczeń, których nie życzyłbym nawet
najgorszemu wrogowi. Patrząc wstecz na te wspomnienia, mam świadomość tego, jak trudno jest
doceniać fakty, że pewne podstawowe ludzkie potrzeby są zapewnione i udaje się człowiekowi je
utrzymywać, mimo trudności. Stąd mogę tylko wspomnieć, że nasuwają mi się trzy rzeczy na
zakończenie niniejszej recenzji, podparte własnymi przeżyciami:
1. Kto pracuje z ludźmi, ten się w cyrku nie śmieje. (Co jak co, żarty i absurdy były świetne,
tylko niektórych doświadczyłem osobiście)
2. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. (Odnośnie faktu, że miewamy trudności z docenianiem tego,
co mamy i co wypracowaliśmy czasami)
3. Ten, kto doświadczył dotkliwych braków pewnych podstawowych potrzeb – ten nabiera
pokory i umiaru, a także doceni pewne rzeczy bardziej.
Kacper "Katz" Jędrzejczak
𝗙𝗥𝗢𝗚𝗦𝗛𝗢𝗣
Reżyseria, tekst, scenografia: Dominik Setlak
Obsada: Franciszek Gurgul, Julita Golińska-Setlak, Michał Szostak
Choreografia: Dominik Setlak i zespół
Obsada: Franciszek Gurgul, Julita Golińska-Setlak, Michał Szostak
Choreografia: Dominik Setlak i zespół
Muzyka: Erwin Jeneralczyk
TRANSTOPIA / KRAKÓW
TRANSTOPIA / KRAKÓW
fot. Anna Rezulak

Komentarze
Prześlij komentarz